City break w Neapolu. Krótki, czterodniowy wypad do Neapolu, ze zwiedzaniem ruin Pompei oraz Herkulanum.
Neapol to stan umysłu – odimienny od naszego, północnego, ułożonego,
zorganizowanego, “porządnego”… Trochę przypomina mi Hanoi, z tym
szalonym ruchem ulicznym, życiem na ulicy, nieporządkiem (bardziej
Neapol, Hanoi jest sprzątane każdej nocy). Neapolitańczycy głośni,
towarzyscy, życzliwi. To takie refleksje “na pierwszy rzut oka”, aby
poznać to miasto – podobnie jak każde inne – trzeba spędzić dużo więcej
czasu. Ale nawet te kilka dni zostawiają niezatarte wspomnienia.
Ruiny
Pompei i Herkulanum to odrębne wycieczki, ale będąc w Neapolu
koniecznie przynajmniej jedno z tych miejsc trzeba odwiedzić. Wrażenie
robi odległość od Wezuwiusza – jak daleko sięgała chmura piroklastyczna i
lawa, oraz to, że do odkryć tych miast doszło przypadkowo (Pompeje
koniec XVI w. a Herkulanum w 1709 r.). Do tej pory odkryta jest jedynie
część miast.
W Internecie są tysiące zdjęć z Neapolu i wykopalisk, wiele bardzo dobrych. Nie ma sensu z nimi konkurować. Ale raczej niewiele jest zrobionych rybim okiem. A tematy takie jak wąskie uliczki, pomieszczenia czy ruiny są wdzięcznymi motywami dla takiej optyki. Rybie oko deformuje – nie oczekujmy wiernego oddania tematu. Jednak taka deformacja potrafi dodać magii i kompozycyjnej atrakcyjności nawet banalnym ujęciom. A przy okazji jest to niezła zabawa… Tak więc nie traktujmy poniższych zdjęć z przesadną powagą.
Neapol może zaszokować, w naszej części Europy (północnej) przyzwyczajeni jesteśmy do "porządku", czystych ulic - przynajmniej deklaratywnie - ruchu samochodowego zgodnie przepisami, przechodzenia na zielonym świetle, walki ze szpecącymi miasto reklamami... Neapol oferuje coś odmiennego. Jest brudny, jest piękny, jest chaotyczny, jest przyjacielski. Trzeba odrzucić nasze stereotypy i poddać się tej atmosferze. Przechodzić ulicę w dowolnym miejscu, wymuszając zatrzymanie się na kierowcach (na ogół się udaje), śmiecić akurat nie trzeba. Pozwolić się zaczepiać przez sprzedawców i restauratorów (to na starym mieście), nie jeść w McDonaldzie, próbować lokalnych przysmaków, pizzy, darów morza, pysznych kanapek.
Posmakować miasta nocą. Obserwować życie ulicy, afrykańskich imigrantów prowadzących malutkie, obnośne handelki, liczne służby porządkowe niespecjalnie przejmujące się nieporządkiem. Takie refleksje po trzech dniach. I dotkliwy niedosyt, to nie miejsce vini, vidi, vici - tutaj trzeba by trochę pożyć, dać się wchłonąć. A tak, to wspomnienia ździebko pocztówkowe, choć staraliśmy się unikać takich pocztówek. Mając mało czasu i napięty harmonogram odpuściliśmy sobie muzea i tego atrakcje na rzecz kontemplacji miasta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz