Nie wiem, czy większość tłumnie przybywających na wyścigi konne to pasjonaci tego sportu. Być może. Ale partynickie wyścigi to coś znacznie więcej niż same biegi i ewentualnie zakłady. To także okazja, aby się pokazać lub pooglądać innych, spotkać znajomych, zjeść coś (różnorodne gastro), a być może kupić coś dla swojego zwierzaka lub dla siebie.
Specjalną atrakcją jest „Ladies Day”, gdy część publiczności (co naturalne – głównie panie) prezentuje wyszukane kreacje, charakterystyczne – lub nie – dla stylu Królewskich Wyścigów w brytyjskim Ascot. Sławę zdobyły tamtejsze kapelusze, więc i na Partynicach to one królują. A docenić należy, że kreacje to nie jakieś tam zaimprowizowane stylizacje. Są przemyślane, nierzadko kosztowne i wysmakowane do najmniejszego dodatku.
I ja dla tych właśnie kreacji oraz kapeluszy na partynickie wyścigi chodzę. Na koniach się nie znam, konie, które mi się podobają, nie chcą wygrywać (co trochę kosztuje), więc koncentruję się głównie na paniach, a biegi oglądam bez emocji.
Tak też było i tym razem, czego dowód w poniższej relacji.