Spis Treści

środa, 11 listopada 2020

Pracze Odrzańskie - tym razem w krzywym zwierciadle

Ponownie Pracze Odrzańskie - zabytkowy kompleks szpitalny

Na swój sposób obchodzę 11 listopada. Bez fanfar i zgiełku. Osobiście. Kameralnie. Rekreacyjnie.

Wycieczka rowerowa m.in. na Pracze, do przedwojennego zakładu dla ubogich i nieuleczalnie chorych, potem szpitala wojskowego, po wojnie wojska radzieckie, Zespół Szkół Rolniczych im. Ziemi Piastów i Liceum Ogólnokształcące nr XIX, wreszcie jeden z licznych przykładów wybujałych i nierealnych ambicji prezydenta Dutkiewicza - polski MIT, czyli EIT+ (w odpowiedzi na ulokowanie prawdziwego EIT - European Institute of Innovation & Technology) nie we Wrocławiu, o co się ubiegał, a w Budapeszcie, a który to po kilku latach kulawej działalności został uratowany przejęciem przez państwo, i utworzeniem oddziału Sieci Badawczej Łukasiewicz - PORT Polski Ośrodek Rozwoju Technologii. 

To spory kompleks, z wieloma budynkami. Część z nich zrewitalizowano, i to chyba nieźle, pozostałe niszczeją. A szkoda, bo całość cenna, teraz wygląda, jakby prace porzucono w połowie. I pewnie tak jest, były prezydent Wrocławia widząc, że same ambicje to za mało aby utworzyć liczący się ośrodek naukowy, porzucił swe dziecko.

To kolejna wizyta w tym miejscu, ale tym razem pokazuję go w "krzywym zwierciadle", czyli przez rybie oko. Taki pomysł na "odrealnienie" i tak dosyć magicznego miejsca. Szczególnie w jesiennych barwach.



























niedziela, 25 października 2020

PPA nie ma - są wspomnienia

 

PPA – wrocławski Przegląd Piosenki Aktorskiej. Coroczny (poza latami 1978, 1982-83) konkurs piosenki aktorskiej. Ewaluował poprzez Przegląd Piosenki Literackiej „Liryka '76” i Przegląd Piosenki Aktorsko-Literackiej PAL’79 do III Przegląd Piosenki Aktorskiej’80. Formuła rozrastała się przez lata i obecnie jest to konkurs i festiwal piosenki aktorskiej, ale także projektów muzycznych Off i wydarzeń towarzyszących. Lista laureatów jest imponująca, znajdziemy na niej wiele nazwisk z najwyższej półki sceny muzycznej.

W związku z pandemią termin tegorocznego Przeglądu był przesuwany i już wiadomo, że w tym roku się nie odbędzie. To przynajmniej powspominajmy...

Rok temu, w Kolonii odbył się Rock & Chanson Festiwal „Kolonia-Wrocław-Paryż“, na który, w ramach współpracy z PPA, zapraszany jest laureat Przeglądu Piosenki. Tym razem był to Albert Pyśk. Rozmowa odbyła się 16 listopada 2019 roku, w trakcie bankietu dla wykonawców.

Andrzej Małyszko: Rozmawiamy z laureatem Tukana Dziennikarzy, nagrody dziennikarzy akredytowanych na 40. PPA i nagrody specjalnej Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, oraz tegorocznego festiwalu Rock & Chanson Festiwal „Kolonia-Wrocław-Paryż“ w Kolonii, z panem Albertem Pyśkiem.

Rock & Chanson Festiwal właśnie się skończył, a my stoimy na tle pięknego Renu, co oczywiście jest słabo widoczne o tej godzinie, bo jest godzina 23.47.

Albert Pyśk: Czasu lokalnego

Możemy zacząć o końca albo od początku, może od końca zacznijmy – czyli ostatni rok, odniosłeś dwa duże sukcesy, nie związane z Twoją pracą w teatrze, ale z czymś co robisz sam; to Twoja własna działalność, niezależna od aktorstwa.

- Tak, chociaż muzyka idzie równolegle z aktorstwem i ja do końca tego nie rozdzielam, szczególnie że w teatrach bardzo często jest wymagane żeby śpiewać, żeby brać udział w przedstawieniach, które często są muzyczne. Nawet jeśli jest to teatr dramatyczny a nie muzyczny, to robi także przedstawienia muzyczne.

To przypomnijmy, że jesteś absolwentem wydziału aktorstwa łódzkiej filmówki. Jak to się stało, że zostałeś aktorem? Urodziłeś się i powiedziałeś, że będziesz aktorem, czy to jest jakaś dłuższa droga, z meandrami?

- Nie, nie. To nie było takie proste. Były meandry, ale zawsze jakoś tak się układało, że brałem udział w różnych przedstawieniach, bardzo lubiłem tańczyć i bardzo lubiłem śpiewać jeszcze jak byłem w podstawówce, a potem w liceum bardzo długo biłem się z myślami co ze sobą zrobić, jaką drogę wybrać. I jak to zwykle bywa w życiu – bo zazdroszczę ludziom, którzy od razu wiedzą czego chcą – ktoś przyszedł do mnie w pewnym momencie i powiedział – wiesz co, chyba powinieneś spróbować zdawać do szkoły aktorskiej. Ja!? do szkoły aktorskiej?, gdzie tam. Ja się tam przecież nie dostanę, tam się dostają wybrani, śmietanka tam się dostaje.

Dziesięciu na stu...

- Dziesięciu na… zdecydowanie na więcej. Zacząłem aktywniej uczestniczyć w życiu teatralnym, zacząłem częściej chodzić do teatru, u siebie na Śląsku. Poszukałem grup teatralnych żeby nabierać doświadczenia, chodziłem do Pałacu Młodzieży w Katowicach.

To jeszcze w liceum.

- Tak, jeszcze w liceum. To było dla fajne doświadczenie, tam spotkałem jednego z moich największych przyjaciół, Adriana Mikosa, którego bardzo serdecznie pozdrawiam. Także Sebastiana, Wojtka, masę wspaniałych ludzi, którzy mieli podobną pasję i razem się w niej wspieraliśmy. Aż przyszedł moment aby zdecydować, co robić dalej po maturze. Spróbowałem dostać się do szkoły aktorskiej.

Do Łodzi?

- Właśnie nie, zdawałem do Wrocławia, Karkowa i Warszawy, w sumie nie wiem czemu do Łodzi nie zdawałem.

Może ze względu na renomę tej uczelni, która może trochę odstraszać?

- Nie, nie – maiłem wrażenie, że do tej Łodzi jakoś mi nie po drodze. Uczelnia w centrum Polski, ale z dojazdem wtedy nie było tak łatwo. W każdym razie uznałem, że Łódź sobie daruję.

Jak za pierwszym razem się nie dostałem, to przez roku studiowałem filozofię. Spotkałem w swoim życiu niesamowitego człowieka, nauczyciela języka polskiego, dzięki któremu brałem udział w olimpiadach i jako laureat olimpiady filozoficznej dostałem indeks. Chciałem te studia skończyć, ale uznałem, że szkoła teatralna to szkoła życia i tak absorbuje, że bardzo ciężko jest pogodzić z innymi studiami. Jeśli ktoś chce studiować dwa kierunki, a jeden jest artystyczny…

To nie ma szans...

- Nie, bo musiałby być bardzo dobrze zorganizowany.

Co nie idzie w parze z duszą artystyczną.

- Dokładnie.

Czyli po tym roku filozofii zdawałeś do Łodzi i się dostałeś

- Wszędzie zdawałem, nie kalkulowałem już niczego, najważniejsze było, żeby się dostać do szkoły. Oczywiście miałem tę szkołę wymarzoną, to Kraków, piękne miasto, piękne zabytki, olbrzymie tradycje teatralne. Dostałem się do szkoły krakowskiej, ale także do Łodzi. Poznałem także osoby, z którymi byłbym ewentualnie w grupie na studiach w Łodzi, poznałem także moją przyszłą żonę, która także dostała się do Łodzi i to wpłynęło na moją decyzję wyboru łódzkiej filmówki.

To w sumie ułożyło się bezproblemowo, pomijając ten pierwszy rok

- No właśnie nie, potem zaczęły się perturbacje różne. To jest trochę jak zderzenie ze ścianą, w sensie, że studia to jakbyś wchodził do zamku. Zdobywa się zamek, wielki zamek, i wydaje się człowiekowi, że w tym zamku jest wszystko, są zbroje, piękne gobeliny na ścianach. A okazuje się, że zamek jest pusty, trzeba go sobie samemu udekorować. Jeśli ktoś nie ma pomysłu jak go udekorować, albo nie ma narzędzi do tego, to jest ciężko. Mi akurat miałem bardzo trudno na pierwszym roku, ale potem jakoś się pozbierałem.

To jest zawsze taki filozoficzny dylemat na uczelniach artystycznych, czy kandydat ma już jakiś kształt artystyczny i nauczymy go techniki, a może już lepiej, aby był „tabula rasa” (oczywiście z objawami talentu), a uczelnia zarówno nauczy go techniki, jak i ukształtuje artystycznie? Zauważyłem, że niektóre uczelnie nie lubią zbyt dobrze sformatowanych kandydatów na studia?

- Myślę, że to jest różnie, temat szkolnictwa wyższego na kierunkach aktorskich to temat na odrębną rozmowę. Na pewno zależy to od kadry profesorskiej, także od grupy, która powinna być wsparciem. Ja miałem to szczęście, że maiłem naprawdę bardzo fajny rok, bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Wiadomo, z różnymi perturbacjami czasami, ale generalnie wszyscy wspierali się wzajemnie, to było dla nas bardzo ważne, w chwilach słabości mogliśmy liczyć na wsparcie. Uważam, że jak ktoś już dostaje się na studia, to profesorowie muszą wziąć odpowiedzialność za tego człowieka – tym bardziej, że są to często ludzie bardzo wrażliwi.

Ale nie powinni chyba formować tych młodych ludzi na swoja modłę, a raczej wskazywać kierunki, zachęcać do poszukiwań?

- Szkoła aktorska to jest tak naprawdę szkoła zawodowa. W Łodzi w pierwszych latach nacisk kładziono na rzemiosło i technikę, prawie nie doświadczyłem, aby próbowano mnie łamać czy jakoś ustawiać. Takich sytuacji powinno być jak najmniej. Dużo zależy od charakteru nauczyciela.

Krążą legendy o „tresurze” w szkołach artystycznych.

- Wczoraj rozmawiałem z muzykami, którzy opowiadali, że w akademii muzycznej stoi profesor nad nimi i wylewa zimną wodę, bo to nie był ten palec… Więc ziarno prawdy...

Moja córka chodziła do szkoły muzycznej I stopnia – miała problem, gdy zmieniła się nauczycielka instrumentu i zaczęła przestawiać sposób gry na swoją modłę. Nie ma czegoś takiego jak czysta technika...

- Uważam, że to co czasami gubi młodych ludzi na studiach, to że nagle tracą pewność siebie, tracą poczucie swobody, wolności. Są różne techniki, ktoś ćwiczy przed każdym spektaklem, robi pompki, brzuszki, wchodzi na scenę z rozbiegu, by być aktywny, gotowy; to są to techniki zmierzające do tego, aby bardziej się rozluźnić, nie poddać się presji…

Tak przez ciało na psychikę.

- Także: w zdrowym ciele zdrowy duch, wystarczy przebiec ze cztery kilometry, wrócić do domu i człowiek zupełnie inaczej funkcjonuje.

Zgoda, a teraz muzyka. Wspomniałeś, że już wcześniej śpiewałeś i tańczyłeś. Jak z tym było na studiach? Czy też miałeś możliwość rozwijać się w tym kierunku?

- Tak. Na wydziale aktorskim jest śpiew, interpretacja. Na egzaminach także używaliśmy form muzycznych. W każdym razie aktor musi być umuzykalniony, nie musi śpiewać, ale wypadałoby aby słyszał.

To że nie musi śpiewać to czasem widać. Nie jest aż tak wielu dobrze śpiewających aktorów (biorąc pod uwagę, że mówię to do Ciebie, może nie jest to pytanie całkiem na miejscu). Wyjątkowym – dla mnie – przykładem śpiewającego aktora jest Zamachowski.

- Domyśliłem się.

Ja nie jestem specjalnie muzykalny, ale jestem wrażliwy na to jak się śpiewa. Nie musi być głośno czy szybko, tylko musi być wygrane, i u Zamachowskiego jest.

- Intencja, emocja i trzeba wiedzieć, o czym się śpiewa.

I jednocześnie jest bardzo dobry technicznie, to także jest ważne.
Miałeś jakieś tradycje muzyczne czy aktorskie w domu?

- Nie, jestem raczej samoukiem, były przymiarki aby chodzić na lekcje, uczyć się nut, ale szybko to porzucałem, szedłem w stronę improwizacji, zabawy dźwiękiem, to było dla mnie bardziej odkrywcze. Mam tak, że jestem w centrum handlowym i słyszę jak działa drukarka, i mam ochotę nagrać sam dźwięk drukarki bo to jest piękny dźwięk, który podsuwa mi od razu melodię do piosenki. To jest niesamowite.

Komponujesz tylko elektronicznie, czy grasz na jakimś instrumencie?

- Nie tylko elektronicznie, gram także na gitarze i to już od podstawówki. Pamiętam, moja siostra kupiła starego Defila, z metalowymi strunami, które boleśnie piłowały opuszki. Przez jakiś czas rzępoliłem na tej gitarze, a gdy zarobiłem pierwsze swoje pieniądze, kupiłem za nie gitarę elektryczną, mały „piecyk” i nie dawałem wtedy spokoju rodzicom. I jeszcze „efekt”, oczywiście wrzucałem tylko efekty metalowe, byłem wtedy zakochany w Metalice. Mówiłem sobie, że muszę być jak Kirk Hammett (gitarzysta Metaliki - AM), co średnio mi wychodziło. Następnie brałem udział w różnych przeglądach, głównie poezji śpiewanej.

Jeszcze przed studiami?

- To było jeszcze w liceum. Na studiach zacząłem trochę pracować, zaoszczędziłem więcej pieniędzy, zainwestowałem w gitarę, efekty, kupiłem wreszcie fajny piec gitarowy. Miałem marzenie, aby stworzyć set do grania w pubach, knajpach. Zacząłem pisać teksty, nagle zobaczyłem, że mi to wychodzi, coś w tych tekstach jest.

Po tym co usłyszeliśmy na PPA i w Kolonii, muszę potwierdzić.

- I miałem takie poczucie, że jak zbliżało się PPA, to moim obowiązkiem jest się zgłosić. Każdego roku czułem, że muszę się przygotować, „odrobić tę lekcję”, bo to mój obowiązek. Oczywiście przez dłuższy czas odbijałem się od ściany

Odpadałeś w eliminacjach, czy nie zdążyłeś się przygotować?

- Odpadałem, seria porażek. Gdy czytam, jak ludzie do czegoś dochodzą, to mówią, że ich życie to 80% porażek, 10% szczęścia i 10% sukcesu.

Która to próba w tym roku? Jak znosiłeś te niepowodzenia?

- Chyba piąta. Wiadomo, porażki zawsze bardzo bolały.

Wiesz dlaczego odpadałeś? Repertuar był za trudny? Czy nie byłeś jeszcze gotowy?

- Nie, nie. To ja dawałem chyba ciała. Było chyba kilka czynników, kiepskie aranże, teksty trochę wydumane, trochę być może grafomańskie.

Czyli nie masz poczucia krzywdy?

- Wtedy miałem, ale z perspektywy czasu mam wrażenie, że dobrze, iż tak się stało. Oczywiście musiałem przeżyć swoje, ale to mnie mobilizowało.

Być może, gdybyś nie próbował, teraz także nie byłbyś gotowy? Może te porażki były źródłem przemyśleń i rozwijały?

- Zastanawiałem się, co było w tym takiego złego, przecież to było takie idealne, tym bardziej, że miałem zawsze uczucie, iż śpiewałem „z serducha”. A jeżeli człowiek śpiewa z serducha, to co może stanąć przeciw tobie. A tu okazuje się, że wszyscy stoją przeciwko tobie (śmiech).

Wydaje się, że głębokie przekonanie o swojej misji nie wystarcza, to nie zawsze przekłada się na przekonanie innych.

- Tak, to moim zdaniem bardzo niebezpieczne.

Można uprawiać piękną grafomanię, sądząc, że jest się wybitnym artystą. A w tym roku strzał, dwie nagrody na PPA

- Tak, dwie nagrody (Nagroda specjalna Stowarzyszenia Autorów ZAiKS za najlepsze wykonanie polskiej piosenki w wysokości 10 tys. trafiła po połowie do Gabrieli Kundziewicz i Alberta Pyśka, Tukan Dziennikarzy dla Alberta Pyśka – AM)

Szczególnie, że nie nie są to piosenki kabaretowe, nawet nie są piosenki liryczne, choć piosenka o śwince jest w jakiś sposób liryczna, można powiedzieć turpizm, ale liryczny. (wzruszająca historia świnki, która marzyła aby zobaczyć morze, a skończyła w rękach rzeźnika)

- Bardzo dobre określenie

Piosenka jest przejmująca, ten chwyt z morzem do mnie przemawia, bo w czasach mojego dzieciństwa wielu Polaków nie widziało morza. Czy byłeś nad morzem?, takie pytanie zadawało się kolegom w szkole, i nie było oczywistą odpowiedzią - „czemu pytasz, jasne że byłem!”. Być nad morzem to było coś. A puenta piosenki, muszę powiedzieć – mocna.

- Miałem tę przyjemność, czyli nieprzyjemność uczestniczyć w świniobiciu. Zrobiło to na mnie duże wrażenie. Jestem przekonany, że zwierzęta przeczuwają co z nimi nastąpi, i ta piosenka jest także o tym, także o tęsknocie za normalnym życiem, o marzeniach. Symboliczne marzenie świnki „ja chcę zobaczyć morze” zderza się z rzeźnikiem, który także nie widział morza, nigdy o tym nie marzył i nie nie rozumie, jakie to może mieć znacznie.

Powiedz, czy dużo teraz tworzysz muzyki?

- Mam jeszcze zespół muzyczny, nazywamy się Cynamonowy Ogród, działamy od czterech lat. Mamy mało czasu na tworzenie, bo jesteśmy mocno zaangażowani w życie teatru.

Wszyscy jesteście aktorami?

- Nie, koledzy są z działu akustyki, ale są także bardzo dobrymi, sprawnymi muzykami. Zauważyłem, że bardzo dużo akustyków jest uzdolnionych muzycznie. Zespół jest w teatrze w Legnicy (Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy). Zespół zawiązał się na jam session, świetnie nam się grało, więc poszliśmy do sali prób. Pierwszą improwizację rozpoczęliśmy od misy tybetańskiej, potem głębokie riffy, improwizacja trwała z półtorej godziny, z tego narodziły się potem utwory i nagle zacząłem pisać teksty do tych utworów.
Zacząłem także bawić się muzyką, i ostatecznie wydaliśmy płytę jakiś czas temu, teraz pracujemy nad następną. Poczułem także, że muszę zrobić coś, co pozwoli mi tworzyć muzykę samemu, bo artysta karmi się spotkaniem z widzem. Ważne jest bycie na scenie, zaistnienie publicznie. Nie chcę tworzyć do szuflady, chcę robić coś dla ludzi, a ludzie chcą partycypować w sztuce. Jeśli ja chcę coś zrobić dla was, a wy także tego chcecie, to co stoi na przeszkodzie?

Jakie plany na przyszłość, raczej muzyka, czy bardziej teatr. Czy jedno i drugie?

- Udaje mi się łączyć jedno i drugie, natomiast mam taki plan życiowy, aby skupić się bardziej na produkcji muzycznej, rozwinąć się pod względem techniki akustycznej, jak miksować, remasterować, zobaczyć jak wygląda produkcja muzyczna od początku do końca. Jest to dla mnie bardzo ciekawy proces, który poszerzył moje horyzonty muzyczne. Okazuje się, że są szkoły miksowania, na przykład nowojorska szkoła miksu, ciekawi mnie na czym ona polega, poznaję różne techniki.

Czyli część techniczna twórczości muzycznej ma aspekt inspirujący i twórczy, to nie tylko suwaki?

- Oczywiście można te suwaki jakoś ustawiać, ale ja chciałbym to robić świadomie. Myślę, że jak pójdę do jakiejś szkoły albo na kurs produkcji muzycznej, to dowiem się więcej. Oczywiście oglądam różne filmy na YouTube, kupuję kursy aby pogłębić wiedzę.

Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów. Pozdrowienia znad Renu, którego o 0.13 czasu lokalnego - wciąż nie widać.

Suplement - spytałem Alberta, jak minął ten rok od naszej rozmowy:

Rok minął dość pracowicie. Niestety wziąłem się za kilka rzeczy naraz, i próbuje teraz to jakoś sobie poukładać. Zebrałem w końcu materiał na solową płytę. Myślę, że realnie zrealizuję go do końca roku. Tak samo z zespołem, w styczniu chcemy wydać nasz album.
Pod koniec października mam koncert On-line z piosenkami ludowymi w ramach projektu "Kultura w sieci" - projekt stypendialny.
Od stycznia tego roku jestem w Capitolu we Wrocławiu. Teatrowi wirus niestety daje się we znaki, aktualnie kończę swoją pierwszą, i mam nadzieję, że ostatnią kwarantannę. Gramy obecnie dla 25 % widowni, ponieważ cała Polska jest w żółtej strefie. Gdyby teatry w Polsce miały sceny impresaryjne w PKP, można byłby utworzyć scenę np. "Intercity" i wtedy gralibyśmy dla 100% (śmiech, ale niezbyt wesoły).
Moment lock-downu był w pewnym sensie owocnym zdarzeniem, nauczyłem się bardziej szanować to co mam (rodzinę, zdrowie, czas i trzy pary spodni). Zakupy robię raz na dwa tygodnie i przetrwałem ten czas bez Netflixa ... nie nudząc się.

I na zakończenie - kilka zdjęć z występu Alberta na PPA 2019 oraz Rock & Chanson w Koloni. I ten ren, którego podczas rozmowy widać nie było, z powodu późnej pory...

PPA







Rock & Chanson





Ren


niedziela, 4 października 2020

Futbol amerykański - Panthers Wrocław vs Warsaw Mets

 Futbol amerykański – kontaktowy sport drużynowy, w którym uczestniczą dwa jedenastoosobowe zespoły dążące do zdobycia większej liczby punktów. Jest to najpopularniejszy sport w Stanach Zjednoczonych[1]. Nie należy utożsamiać go z rugby, od którego różni się znacząco przepisami gry. 

W Polsce

Od listopada 2004 działa w Polsce Polski Związek Futbolu Amerykańskiego, utworzony z inicjatywy dwóch drużyn: Warsaw Eagles i 1. KFA Wielkopolska. W sezonie 2006 rozegrano mecze Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego, w której grały 4 zespoły, oprócz wyżej wymienionych The Crew Wrocław i Pomorze Seahawks, na których mecze przychodziło do kilku tysięcy osób (najwięcej we Wrocławiu – ponad 3000 widzów)[9]. Mistrzem została drużyna Warsaw Eagles.

W kwietniu 2006 powstała pierwsza w Małopolsce drużyna futbolu amerykańskiego Kraków Tigers i pierwsza na Górnym Śląsku Silesia Miners, które rozpoczynają propagowanie tego sportu w południowej Polsce.

W sezonie 2007 Polska Liga Futbolu Amerykańskiego liczyła 9 drużyn. Poza wymienionymi wyżej grały w niej Kozły Poznań, Devils Wrocław oraz Husaria Szczecin.

W 2008 utworzono drugą ligę rozgrywkowa PLFA II. W obydwu ligach grało łącznie 17 drużyn.

W 2011 utworzono ligę ósemek PLFA 8. W trzech ligach było łącznie 31 zespołów.

W sezonie 2012, po reorganizacji rozgrywek i utworzeniu TopLigi, najwyższej klasy rozgrywkowej, w polskiej lidze występowały 42 drużyny w 5 klasach, po raz pierwszy rozgrywki juniorskie. W 2013 już 74 zespoły (w tym 17 juniorskich) w 5 klasach rozgrywkowych oraz oficjalna reprezentacja Polski w futbolu amerykańskim. [https://pl.wikipedia.org/wiki/Futbol_ameryka%C5%84ski]

To wciąż mało znana w Polsce dyscyplina sportowa, ale jej popularność rożnie z roku na rok. Wrocław ma pozycję szczególną - drużyna Panthers Wrocław jest trzykrotnym zdobywcą Mistrzostwa Polski, wygrywała Polish Bowl XI, XII i XIV, dodatkowo w 2016 zwyciężyła w rozgrywkach o Mistrzostwo Europy IFAF.


Ale do rzeczy - czyli do fotorelacji z meczu Panthers Wrocław vs Warsaw Mets, wygranego przez Panthers 62-0. Warto zwrócić uwagę, że o ile sama gra jest kontaktowa i wydaje się dosyć brutalna, to zarówno na boisku, jak i na trybunach atmosfera jest wspaniała, nie ma mowy o jakichkolwiek agresywnych czy nienawistnych zachowaniach. W odróżnieniu od tak popularnej u nas piłki nożnej, na mecze futbolu amerykańskiego przyjść można rodzinnie, bez obaw, że dzieci usłyszą wulgaryzmy lub zachowania chuligańskie.

Zdjęcia z trybuny, stąd głowy na pierwszym planie...